Menu

Największe katastrofy kolejowe w Polsce - część I

fot. PolskaKolej.TV. Wszelkie prawa zastrzeżone. fot. PolskaKolej.TV. Wszelkie prawa zastrzeżone.

9 lipca 1977 roku pod Wrocławiem miała miejsce najbardziej tajemnicza katastrofa kolejowa w Polsce. W pociąg „Praha Express” wjechała polska lokomotywa spalinowa ST43-268.

Po godzinie siódmej rano z dworca we Wrocławiu wyrusza międzynarodowy pociąg Praga – Warszawa – Moskwa, tzw. „Pociąg przyjaźni”, kierowany przez maszynistę Hieronima Stallmacha. W ten dzień zabrał on ze sobą swojego syna Jacka, obiecał mu że w dniu 11. urodzin będzie mógł towarzyszyć tacie w pracy. Pociąg składał się z elektrowozu, WARS-u i sześciu wagonów sypialnych.

W tym samym czasie w Długołęce, miejscowości oddalonej 15 km od Wrocławia, dwóch maszynistów: Grzegorz Zastrożny i jego pomocnik Andrzej Trela manewrują lokomotywą ST43-268 o wadze blisko 120 ton. Miała ona zostać przestawiona na inny tor, jednakże maszyniści ignorują polecenia dyżurnego ruchu i ustawiają się dokładnie na tym samym szlaku, po którym jedzie „Pociąg przyjaźni”.

Pomimo kolejnych prób skierowania „luzaka” - lokomotywy bez składu, na inny tor, dyżurny ruchu orientuje się, że jest już za późno gdyż lokomotywa minęła ostatni rozjazd i zaczęła rozpędzać się do 80km/h. Natychmiast poinformowano nastawniczego ze stacji Wrocław Psie Pole, która znajduje się na trasie przejazdu pociągu pospiesznego. Niestety w tym przypadku również nie można było nic zrobić, „pociąg przyjaźni” minął ostatni rozjazd.

Kolejarze podejmują jeszcze jedną bezskuteczną próbę zatrzymania maszynistów czerwonym sygnałem semafora, znakiem „stój” nadawanym chorągiewką a następnie trąbką.

Na łuku szlaku kolejowego między Wrocławiem a Długołęką maszyniści obu lokomotyw orientują się, że jadą po tym samym torze i że nie ma najmniejszych szans na uniknięcie tragedii. Do zderzenia doszło kilka minut przed godziną 8.00. Ciężki spalinowóz ST43-268 jadący z prędkością 80km/h wbija się w lokomotywę elektryczną EU07-115 ciągnącą pociąg „Praha Express” i pędzącą 100 km/h.

Lokomotywa spalinowa zostało odrzucona na 40 m i od razu stanęła w płomieniach. Siła uderzenia była tak ogromna, że z elektrowozu została tylko kupa złomu, gdyby nie zachowany napis „EU07-115” bardzo ciężko byłby stwierdzić, że ten stos stali był kiedyś lokomotywą.

Na miejscu katastrofy natychmiast pojawili się milicjanci, SOK-iści, strażacy, kolejarze i esbecy. Zaczęto przeszukiwać wagony, a raczej to co z nich zostało. W trakcie akcji zostały znalezione zwłoki Hieronima Stellmacha i jego syna Jacka, ratownicy znaleźli ich wtulonych w siebie. Śmierć poniosła również matka z dwoma córkami z Długołęki. Wszystkie ciała zostały zabrane do zakładu medycyny sądowej i wydane rodzinom dopiero w dniu pogrzebu.

Oficjalnie mówi się o 11 osobach zabitych i 15 rannych. Nieoficjalnie natomiast o 32 ofiarach.

Po katastrofie została utworzona specjalna komisja powypadkowa, na której czele stanął ówczesny minister komunikacji Tadeusz Bejm. W mediach pojawiły się informacje, że „pociąg przyjaźni” wykolejono specjalnie. Esbecy bardzo uważnie przyglądali się pogrzebom ofiar i bywali również na stypach.

Po przeprowadzeniu dochodzenia ustalono, że maszyniści Grzegorz Zastrożny i Andrzej Trela są winni spowodowania tej katastrofy. Niestety nigdy nie dowiemy się dlaczego tak się stało i jakie były przyczyny takiego zachowania dwóch maszynistów „luzaka”. Zabrali tę tajemnicę do grobu.

Stern

Redaktor

Strona: www.polskakolej.tv

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę